This site hosted by Free.ProHosting.com
Google
 
 
SMAŻALNIA PŁYTEK

   Najbardziej groźne sformułowania w kierunku komputerowych piratów można usłyszeć w przedstawicielstwach wielkich korporacji. Nieco mniej groźnymi posługują się organy ścigania i sprawiedliwości, które dopiero uczą się tego, że łamanie prawa autorskiego jest przestępstwem. 
   Tymczasem w tysiącach, a może nawet w dziesiątkach tysięcy polskich firm na twardych dyskach komputerów zainstalowano nielegalne oprogramowanie. Microsoft, Symantec, Apple, a także wielcy wytwórcy gier komputerowych straty, jakie ponoszą na błyskawicznie rozwijającym się polskim rynku oceniają na setki milionów dolarów. Żeby "wyjść na swoje" nie mogą obniżyć cen na produkty. Tymczasem fakt, że komputery trafiły "pod strzechy", jest zasługą tych, którzy za grosze sprzedają oprogramowanie...

Park Jurajski

   Jeszcze kilka lat temu na warszawskiej giełdzie komputerowej programami na dyskietkach handlowano w sposób jak najbardziej otwarty. Legalnie na dodatek, bowiem nasze ustawodawstwo nie dysponowało porządnym aktem chroniącym wartości intelektualne. Niemal każdy zafascynowany pecetami warszawiak miał na giełdzie swojego ulubionego sprzedawcę, z którym godzinami rozmawiać mógł o swojej pasji, a także stawiać przed nim konkretne zadania. Nowa wersja Norton Commandera, jakaś ciekawa nakładka na DOS, usprawnienie starego, dobrego Windowsa 3,1 stanowiły najwyższy stopień trudności i wtajemniczenia.
   Na giełdzie nie było tak tłoczno jak dziś, klientela i sprzedawcy bardzo wyraźnie dzielili się na pospólstwo i elitę. Ci pierwsi handlowali gierkami do Atari, Commodore, Amigi i zajmowali się problemami ZX Spectrum, ci drudzy rozprawiali o kilobajtach i wyczynach intelektualnych zachodnich programistów. Gdzieś tam w Ameryce, czy w Zachodniej Europie pojawiał się nowy system operacyjny, nowy program, edytor tekstu, baza danych, arkusz kalkulacyjny, a po miesiącu, czy dwóch na warszawskim komputerowym deptaku można było kupić dyskietki. I dowiedzieć się dokładnie, jak to działa. To było dopiero tempo. To był szok...
   Giełda bawiła, giełda krzewiła, giełda stanowiła forum... Jeden z nielicznych sprzedawców, który pamięta jej początki i moment ogradzania płotem placyku na roku Grzybowskiej i Marchlewskiego (dzisiaj Jana Pawła II) nakazuje mi przerwać nostalgiczne rozważania...
   - O czym ty chcesz pisać? - Pyta ze zgrozą i puka się w czoło. - Większość ludzi, którzy dziś na codzień pracują na komputerze, ba, nawet ci najbieglejsi w informatycznym rzemiośle, siedem lat temu komputer widziała wyłącznie w telewizji. Sklepów, w których można było kupić urządzenia i programy, w całej Polsce było mniej, niż dzisiaj jest w jednej warszawskiej dzielnicy. Dywagacje na temat giełdy przełomu lat 80. i 90. to tak, jak gdyby w supermarkecie roić wspomnienia o Kiercelaku, czy wręcz o targowisku działającym przy polu elekcyjnym na Woli.
   - Tak, to już inna epoka - dorzuca inny - może nawet inna era. Parę lat temu małolaty przychodziły na giełdę, żeby się czegoś nasłuchać, nauczyć. Ale to już Park Jurajski. Dziś większość handlujących może brać u małolatów korepetycje. To już przestało być misterium, to jest czysty biznes, handel. Jedyną sztuką jest nadążać za popytem, za oczekiwaniami klientów. Dziś kręcił się po giełdzie gość, który rozpytywał wśród legalnych i nielegalnych o syntetyzator mowy polskiej Syn Talk. Legalni powiedzieli po prostu "nie ma", natomiast piraci w przyszłym tygodniu będą to mieli w ofercie. Pewnie pójdą do Polskiego Związku Niewidomych, kupią program matkę, któryś z ich informatyków opracuje tzw. Cracka, programik łamiący zabezpieczenia i dealerzy będą mieli Syn Talka w ofercie.

System

   - Policyjną obławę witamy jak spekulanci hossę na giełdzie papierów wartościowych - niełatwo było skłonić do rozmowy jednego ze sprzedawców nowego typu. - Nakręcają nam koniunkturę na tydzień, czasem na dwa. Dawno ich tu nie było, więc nielegalni działają już zupełnie jawnie. Rynek komputerowy jest jednak pakowny: i my, i oni się wyżywimy. Kampania prowadzona w mediach na rzecz walki z piractwem nie jest specjalnie intensywna, powoduje jednak to, że wielu ludzi przychodzi na giełdę po legalne oprogramowanie, które można tu kupić o kilkanaście procent taniej niż w sklepie. Ba, wiele firm posiadających własne sklepy decyduje się na stałe stoisko na giełdzie i tańsze ceny, bowiem tutaj gromadzą się wszyscy ci, którzy ładują w sprzęt i oprogramowanie duże pieniądze.
   Ktoś pyta o cenę gry "Need To Speed", wyścigów samochodowych z niezłą grafiką i dźwiękiem. Jest. Mój rozmówca podaje cenę. Ostateczną. Dziesięć złotych taniej i nie byłoby już grosza zysku. Kilkunastoletni chłopak kręci głową. Nie bardzo go stać. Robi krok, dwa i już jest przy nim pryszczaty małolat z zafoliowanym wykazem i cennikiem. Dogadują się. Kierują do wyjścia. Przy płocie dealer rzuca kilka słów innemu pryszczatemu. Idą powoli Grzybowską w stronę Żelaznej. Po stu metrach podejdzie do nich pryszczaty spod płotu. Płytka, pieniądze, do widzenia... Takich transakcji przez sobotę i niedzielę jest nawet kilka tysięcy.
   - Gdyby ich nie było - kontynuuje legalny sprzedawca - to ceny programów i gier byłyby chyba tańsze niż u piratów. Ale są. I będą. Żaden Gates z całym Microsoftem nie wygra z polskim czarnym rynkiem.
   - Jak można z nimi pogadać? - Proszę o radę. - Może wziąć ich na komputery?
   - Zwariowałeś? Jakie komputery? Połowa z nich widzi je tylko tuaj. Oni nie są od komputerów, tylko od brudnych interesów. Oni za zarobione pieniądze nie rozbudowują pamięci operacyjnej domowego peceta, tylko bawią się na dyskotekach i grają na flipperach. Popatrz na ich mordy. To twarze znane w Polsce od dziesięcioleci. Spod kin Peerelu, spod Pewexów, sprzed sklepów monopolowych przed godziną trzynastą za Jaruzelskiego... W każdym systemie znajdzie się jakiś czarnorynkowy system...

Hackerzy

   Stasinek pracuje w wielkiej firmie udostępniającej Internet. W dziale technicznym. Jest wykształconym informatykiem. Stale na bieżąco. To mój znajomy ze szkoły średniej, więc mówi bez żenady, choć wie, do czego mi ta wiedza potrzebna. W firmie zarabia bardzo dobrze. Ale woli mieć więcej. Więc ma. W pracy się rozwija, rozwiązuje najbardziej pogmatwane zagadki. Myśli w języku HTML, pisze skryptami Java, gada z kolegami po angielsku, bo łatwiej i komunikatywniej. Ale gdy wraca do domu, to włącza mu się polskie myślenie. Ma więc w swojej kawalerce prawdziwe studio. Kilka najnowocześniejszych nagrywarek płyt CD-ROM, komputer ogromnej mocy, całą masę peryferiów.
   Gry i programy użytkowe dostarczają mu najczęściej przed oficjalną polską premierą. Gry daje się skopiować stosunkowo łatwo, użytkom trzeba czasem dodać Cracka lub specjalny numer identyfikacyjny. I po to jest jego wiedza. 
   - Ja sam wypalam tylko po kilkanaście, czasem kilkadziesiąt płytek, które potem służą za matki w prawdziwych, dużych smażalniach. Moje na giełdę nie trafiają, ale dzięki nim połowa ludzi w Warszawie ma Windowsa 95 na swoich domowych komputerach, a jedna trzecia Corelów używanych w firmach działa dzięki mojemu Crackowi. Każdy hacker pozna swojego cracka...
   Pogadam jeszcze o sprawie z policjantem. 
   - Czy to ma być rozmowa oficjalna, czy nieoficjalna? - Zapyta na wstępie. Jeśli takie pytanie pada, to znaczy, że oni oczywiście, jak najbardziej, na miarę sił i środków, ale sprawa jest trudna... Dupa blada!


   W Internecie na polskiej stronie Microsoft można znaleźć następującą informację. Jest to jedna z wielu dotyczących piractwa komputerowego. Jest też kronika sądowa. W I kwartale 1997 policja wszczęła 25 postępowań w sprawach o naruszenie praw autorskich do oprogramowania komputerowego. W II kwartale ilość wszczętych postępowań wzrosła do 116.

Pierwsza w Polsce sprawa
o używanie nielegalnego oprogramowania

   W ostatnich dniach maja br. W siedzibie spółki "Chemet" w Tarnowskich Górach, policja wraz z Lege Artis, agencją ochrony praw autorskich, dokonały wspólnie przeszukania sieci komputerowej obejmującej ok. 100 stanowisk. W wyniku ekspertyzy wykazano fakt użytkowania nielicencjonowanych kopii MS DOS 6.22 i Norton Commander. Ponadto na kilkunastu komputerach odkryto nielegalne kopie popularnego programu antywirusowego.
   Jedynie dzięki natychmiastowej decyzji o podjęciu rozmów z poszkodowanymi zarząd "Chemetu" uniknął odpowiedzialności karnej. Doszło do zawarcia ugody, w wyniku której "Chemet" zobowiązał się m. in. do zapłaty wysokiego odszkodowania.
   W ostatnich miesiącach ujawniono kolejne podobne przypadki. Firmy używając więcej kopii, niż zezwalają na to licencje, to przykłady ignorowania prawa przez kierujących nimi ludzi. Zarówno prokuratura, jak i stowarzyszenia ochrony praw autorskich zapowiadają bezwzględne traktowanie piratów.

 
 
 No,a ja myslalem,ze czlowiek lamiacy zabezpieczenia w programach to CRACKER.....i szukajcie nowej gry,nazywa sie "Need to Speed" i jest nastepczynia "Need for Speed"!!:))
                        Pctowiec 

  Ta strona znajduje się na serwerze bezpłat